Obawa o popkulturę

Ukazał się tak wyczekiwany przeze mnie teaser serialu w uniwersum “Władcy Pierścieni” od Amazona. Śródziemie, zaraz obok Odległej Galaktyki, Ziemiomorza i jałowych ziem okalających Mroczną Wieżę (no i jeszcze świata w szafie, czyli Narnii) to moje ulubione uniwersum fantastyczne. Teaser – chociaż bardzo oszczędny – potrafi rozbudzić nadzieje i rozpocząć ogólny “hype” na daną produkcję. No i… to nie jest tak, że nie wywołał we mnie uczuć, że dla mnie to już wszystko jest obojętne – w końcu piszę ten wpis. Stało się coś innego, bo zamiast wsiadać do “hypetrainu” poczułem… obawę.

I nie ja jeden, bo bardzo dużo komentarzy pod teaserem – czy to z Polski, czy po prostu ze świata – napisane było na zasadzie “proszę, nie spieprzcie tego”. Zacząłem się zastanawiać – dlaczego? To nie jest przecież pierwszy raz, kiedy w ten sposób reaguję na zapowiedź wyczekiwanego przeze mnie popkulturalnego tworu. Obawą. Strachem. Przeświadczeniem, że nie warto robić sobie nadziei.

Są dwie opcje – albo totalnie zgrzybiałem, albo mam jakieś powody, by w ten sposób reagować.

Chociaż pierwsza opcja może być w jakimś stopniu prawdopodobna – w końcu w wieku 30 lat powoli staję się millenialsowym “boomerem”, to wolę (ze zrozumiałych przyczyn) rozważyć tę drugą, w której dalej gram jak pojebany w co tylko wpadnie mi w ręce* , czytam nowości**, i jestem na bieżąco z filmowymi nowościami*** – no generalnie żyję, oddycham i sram popkulturą. Dlaczego w takim razie reaguję z tak wielką obawą, jakbym się sparzył?

Cóż, bo tak właśnie było.

Mroczna Wieża? Fiasko.

Finał Gry o Tron? Godne pożałowania.

Star Wars od Disneya, zakończenie “sagi Skywalkerów”? Ogromna, gigantyczna kupa której nie sposób w żaden sposób obronić.

Wiedźmin, szumnie zapowiadany jako adaptacja trzymająca się z największą dokładnością książek Sapkowskiego? Sami chyba wiecie, co z tego wyszło.

Nowy “Matrix“? Spodobał mi się, ale nie jestem na tyle szalony by twierdzić, że ten twór ma cokolwiek wspólnego z tym, co fani pokochali. Moim zdaniem to niezbędna ewolucja historii i kupuję jej kierunek, niemniej obok trylogii to to nawet nie stało.

Za “Fundację” się nawet nie brałem, odstraszony recenzjami znajomych. “The Watch” na podstawie Pratchetta ominąłem w ostatniej chwili szerokim łukiem po zobaczeniu pierwszych zajawek (słusznie jak się okazało), “Koło czasu” na podstawie Jordana zalewa morze łez fanów.

Czy było ostatnio coś, chociaż jedna rzecz, która udała się jako reaktywacja franczyzy, albo adaptacja? No tak, Diuna, chociaż mam wrażenie, że w tym zestawieniu będzie to wyjątek potwierdzający regułę.

Jaka to reguła?

Odpowiedź brzmi: nie wiem, choć się domyślam. Nie wiem, bo nie przeprowadziłem żadnych badań, a wpis który czytasz nie jest w żadnym wypadku poważnym artykułem. Mam jednak wrażenie, że w pewnym momencie – trudno nawet uchwycić kiedy – w popkulturze filmowej nacisk przesunął się z “stwórz dobrą historię”**** na “przekaż właściwe wartości”. Najważniejsze dla twórców dzisiaj jest to, by była odpowiednia ilość osób reprezentujących wszystkie możliwe mniejszości na większości kadrów (to “checklisity” dobrze widać w “Wiedźminie” ze szczytnej idei jaką jest “diversity” tworząc pośmiewisko), żeby przekazać właściwe wartości, żeby stworzyć serial pod widza ze słupków – nie dla fana, nie dla nerda, nie dla samego siebie, ale dla widza masowego, nieokreślonego, nowego. Odbiorcę nieskomplikowanego, których jest najwięcej i od których przyjdzie najwięcej pieniądza. Serial czy film nie pisany jest już jako dzieło, które ma być zapamiętane, ale jako produkcja która znajdzie swoje pięć minut, w trakcie których widz wyda jak najwięcej kasy na gadżety i wygeneruje jak najwięcej ruchu a potem zapomni.

Bo – w gruncie rzeczy – po co robić inaczej? Przecież właśnie taki jest świat. Szybki, jednym okiem jesteśmy skupieni na filmie, drugim na komórce, w drugiej dłoni co najwyżej popcorn. To po co robić duże dzieło, po co się starać bardziej, niż jest to potrzebne – w końcu to sporo kosztuje, a z tych wszystkich starających się tylko mały procent zostanie zapamiętany. No to po co. Odpowiedź jest prosta – nie ma sensu.

Podobnie – zdaje mi się – myśleli twórcy “Wiedźmina”. Co z tego, że w licznych wywiadach Lauren Schmidt Hissrich i Tomek Bagiński przyrzekali i zaklinali się, że ich produkcja będzie ścisłą adaptacją książek Sapkowskiego, że nie mają nawet żadnych planów, by dodawać coś – cokolwiek – od siebie. Jak wyszło wszyscy wiemy, a w jednym z wywiadów Bagiński powiedział (albo raczej “chlapnął”):

(…) czyli takie odrywanie się od ciągów przyczynowo skutkowych, odrywanie się od narracji liniowej, odrywanie się od takiej narracji typowo czysto książkowej, jak się patrzy na to jak się ogląda seriale, to im młodsi widzowie tym oni mniej… tym logika na przykład intrygi jest mniej istotna. Czyste emocje. Taki goły miks emocjonalny, bo to są już ludzie wychowani na tik-toku, na you-tubie, którzy sobie skaczą z jednego filmiku na drugi, na drugi, na drugi…

Tomasz Bagiński, https://youtu.be/U9fOHJgDbNU

Oczywiście nigdzie Bagiński nie powiedział o tym, że takie myślenie stało za produkcją serialu, ale to jak ten serial wyszedł i w którą stronę poszedł, każe mi domniemywać, że właśnie takie myślenie mogło za decyzjami produkcyjnymi stać. Zawsze można się jeszcze przecież wyłgać standardowo, że ADAPTACJA to nie jest EKRANIZACJA, więc mogą być rozbieżności, że fantasy/fantastyka to nie świat rzeczywisty, więc można sobie wymyślać co się chce, czy tym podobne bullshity. Część osób – zwykle takich, które po prostu nie wiedzą o co w tym chodzi – się na to złapie i będzie potem używać tych samych słów-kluczy tłumacząc z wyższością swoje racje.

Do tego można jeszcze dodać całkowity – cechujący chyba wszystkich twórców filmowych porażek przytoczonych powyżej – brak pokory. Ja nie mówię o biciu się w pierś i posypaniu głowy popiołem, bo tego zrobić nie mogą w świecie, w którym wielkie korporacje uwiązały ich na umowy typu NDA, ale z tych ludzi bije wręcz arogancka pewność, że są najbardziej genialnymi, najbardziej niezwykłymi, najwspanialszymi twórcami jakich nosiła ta ziemia. Ostatecznie ci, którzy krytykują ich produkcje (czytaj fani) są po prostu bandą hejterów. Przecież ich produkcje odniosły SUKCES.

I to jest właściwie gwóźdź do trumny moich obaw – bo szczerze mówiąc, to sądzę, że Bagiński ma rację. Fani popularnych franczyz nie są targetem adaptacji tychże. Jakkolwiek kuriozalnie to brzmi, Star Warsy nie były robionę dla fanów Star Warsów, Wiedźmin nie był robiony dla fanów Wiedźmina, a Mroczna Wieża nie była robiona dla fanów Mrocznej Wieży. Dlaczego? Bo tych fanów – tych którzy przejmują się losami franczyzy – jest po prostu za mało. I zawsze będzie – bo to są “hardkorowi” fani. W obliczu setek “niedzielnych widzów” – właśnie tych z komórką i popcornem, są nic nieznaczącym pyłkiem.

Ja jestem tym pyłkiem. Ja się nie liczę. Ty też się nie liczysz. Liczy się kasa i wytyczne “checklisity”. Liczy się pokolenie zoomerów patrzących jednym okiem na tik-toka. Rynkowo też się nie liczysz, bo czytając te słowa jesteś z małego kraju – Polski – w małej i słabej Europie. Rynkowo liczy się USA, a już na pewno liczą się Chiny. To dla nich, nie dla ciebie robione są te filmy, bez względu na to, czy jest to “Wiedźmin”, “Star Wars” czy “Lord of The Rings” te produkcje nie są już robione od fanów dla fanów, a od wielkich korporacji dla wielkich rynków.

Żeby pokazać, wycisnąć do cna portfele i markę, oraz zapomnieć. A tworzone są przez miernych twórców z przerośniętym ego, którym – jeśli są mali – zależy na pokazaniu nazwiska i przejściu do innych projektów (mrugam do pana Bagińskiego z jego Rycerzami Zodiaku), a jeśli troszkę większy, no to wiadomo – błyszczeć w świetle reflektorów, pośmiać się z “hejterów” (czyli ciebie i mnie) i zapomnieć.

Bo na tym polega nasz cały świat w tym i współczesna popkultura.

Wykuć, Zdać, Zapomnieć.

Zobaczyć, Zapłacić, Zapomnieć.

Kupić, Zeżreć, Wysrać.

*chociaż ostatnio ogrywam znów Skyrima
** a i tutaj mam braki, bo pracując nad książką niewiele czytałem przez ostatni czas i dopiero powoli wracam do nałogu
*** Boba Fett w trakcie, póki co jest dobrze, chociaż nie tak jak w przypadku Mando.
**** czyli taką z logicznym ciągiem przyczynowo skutkowym na przykład, albo z dobrymi bohaterami – podstawami pisania jakiejkolwiek historii, nie tylko filmowej!

Facebook Comments Box

Leave a Comment