Jak to jest być skrybą, dobrze?

 

Można iść utartym schematem, tak jak na memie i nie musi to się tak jak na memie skończyć: można osiągnąć sukces. Da się, ale uważam, że nasze pokolenie (mówię o dzisiejszych 30-latkach – boże, kiedy to minęło) zostało oszukane. Widzę to po moich znajomych i przyjaciołach – dowód anegdotyczny,  wiem. To za mało, by wyciągać długofalowe i poważne wnioski, więc to jest moja skromna i niepoważna opinia.

O tym, że zostaliśmy oszukani wizją, że ta ścieżka: szkoła, matura, studia to jest właśnie to, co zapewni zawodowy i życiowy sukces, albo przynajmniej stabilizację. Po pierwsze, nie zapewni. Po drugie, w przypadku szkoły, to ona nic nie rozwija, a zwija. Nic nie uczy, programuje. System edukacji to rak, którego należałoby wyciąć, spalić i zakopać gdzieś w najgłębszym bunkrze i zalać betonem. Studia – to zależy jakie, większość kierunków na które uczęszczamy to „gównokierunki” które zawodowo nie znaczą nic (co nie znaczy, że w ogóle nic nie znaczą, bo niektóre przedmioty z nich mogą faktycznie rozwinąć). Na kierunkach które ja studiowałem spotkałem się z zadufaniem w sobie uczących tam ludzi, kompleksami, w końcu krzewieniem jedynej słusznej ideologii.

Będzie o moich doświadczeniach i mojej drodze życiowej. Bo tylko do tego mogę się odnieść – nie sądzę, by była jedna właściwa droga, ba, sądzę nawet, że ja miałem sporo zwykłego szczęścia w życiu, więc NIE JEST to żadna mądrość do naśladowania, a raczej mój sposób na powiedzenie: można inaczej, ale ciągnie to za sobą konsekwencje.

„Mówisz tak pewnie, bo ci nie szło” – oczywiście, że mi nie szło. Nie byłem orłem w szkole, bardziej jakimś nielotem. Byłem krnąbrnym uczniem, zadawałem pytania, zamiast słuchać. Kwestionowałem autorytety, nie dawałem sobą pomiatać, jak ktoś mi robił źle i wyzywał od debili, to tracił mój szacunek jaki powinienem żywić do nauczyciela. I wiedział o tym. Nigdy nie szanowałem nauczycieli tylko dlatego, że prezentowali taki a nie inny zawód – szanowałem ich za to, jakimi ludźmi są. Maturę zdałem (raczej) dobrze, bo po wytrzymaniu w II LO i całym tym „elitarnym” pierdololo związanym z tą szkołą inaczej się już nie dało, ale ostatniego dnia edukacji z przyjemnością kopnąłem z całej siły w mur tej placówki. Studia? Gdybym mógł cofnąć się w czasie, chciałbym powiedzieć sobie „nie próbuj, stary, nie ma sensu” (oczywiście tego bym nie powiedział, musiałem przez to przejść by zrozumieć parę rzeczy).

Na pewno powinienem był zrobić sobie przynajmniej rok przerwy na uspokojenie się po koszmarze zwanym edukacją. Pamiętam jak na Uniwersytecie Pedagogicznym była afera: okazało się, że rzeczony UP traktował studentów jak bydło, to znaczy: każda rekrutacja kończyła się przyjęciem sporej ilości studentów tylko po to, żeby ich po semestrze uwalić. Chcesz zostać? Płać za warunek. Hajs się zgadza. Było o tym głośno w mediach.

Pamiętam jak na jednym kierunku (już na Uniwersytecie Jagiellońskim) jedna pani powiedziała mi, że ona mnie nie przepuści dalej. To był czas, kiedy poproszono mnie na Collegium Civitas o przeprowadzenie wykładu o literaturze grozy, no a że doszło to do uszu pani na UJ, to stwierdziła, że skoro jestem taki mądry, to po co mi studia? Co to ma znaczyć, żeby student prowadził wykłady. No i mnie nie przepuściła.

To może wyglądać na skarżenie się, ale tak naprawdę ja wcale tam nie chciałem być – na studiach. Byłem tam z przymusu – bo tak należy, bo rodzina każe. Dosłownie czułem jak czas przecieka mi przez palce. Chciałem robić co innego – widziałem przed sobą jasną jak neon w bezksiężycową noc ścieżkę. I robiłem to, wszystkimi możliwymi sposobami. Robiłem to już wcześniej; od ósmego roku życia wiedziałem kim jestem i kim chcę być i czułem niesamowitą frustrację za każdym razem, kiedy życie trzaskało mnie po twarzy.

W pewnym momencie życia, ponad 10 lat temu, postawiłem na jedną kartę. To było tuż po debiucie, kiedy w Warszawie odebrałem nagrodę literacką z rąk uznanych pisarzy. Pamiętam i zawsze już będę pamiętać przemowę, jaką wygłosił Andrzej Pilipiuk na gali rozdania nagród:

Jest dużo osób, które piszą. Z tej grupy tylko parę procent dociera do debiutu. Z tej kolejnej grupy tylko parę procent robi coś dalej. A z tej grupy tylko mały, malutki procent odnosi sukces literacki.

Chciałem być w tym malutkim procencie z procenta. Musiałem w nim być.

To brzmi tak epicko, nie? Postawiłem wszystko na jedną kartę, zbudowałem siebie, wymyśliłem swoje życie. To teraz krótko o tym jak to jest, kiedy chcesz robić coś po swojemu, zejść ze schematu:

To są lata bez znaczącego postępu (chociaż nie bez postępów). To są lata, kiedy po prostu nie masz kasy. Znajomi chcą się spotkać? Nie możesz, bo musisz robić swoje. Ale nawet, gdybyś mógł, to i tak nie masz za co, bo od dwóch tygodni nie stać cię na bilet tramwajowy. Dwa złote z groszami – nie masz tego. Kiedy nie ma jedzenia – nie jesz. Kiedy jest, bo rodzina pomogła, to zjadasz wszystko w parę dni, a potem resztę tygodnia nie jesz. Zdrowie podupada, grubniesz jak świnia, bo od jedzenia w taki sposób i bycia ciągle głodnym wcale się nie chudnie, ale wręcz przeciwnie. Jak zdobywasz pracę, to to jest gównopraca w której nie chcesz być, pojawia się frustracja, wściekłość. Zwątpienie i smutek mieszają się z chwilami dzikiej radości, kiedy coś się udaje. Nie ma półśrodków – albo depresyjny smutek, albo dzika radość.

To nie jest tak, że wierzysz w siebie – właściwie to nie wierzysz. Wątpisz w siebie, bo nie masz w nikim oparcia. Bliscy uważają, ze to co robisz to nie jest życie, to jakaś zabawa, fanaberia. Pewnie, cieszą się sukcesami, ale przecież nie przynoszą one pieniędzy, więc tak naprawdę to nie są sukcesy, prawda?

I to trwa – nie miesiąc, nie rok. Lata. Bijesz się ze światem i przegrywasz – a przynajmniej tak czujesz. Jesteś w tym całkowicie i bezbrzeżnie sam. I boleśnie wiesz, że większość ludzi, którzy robią to co ty – czyli przebijają głową mur – „umrze” od tego, albo zrezygnuje. A nawet jeśli to przetrwają, to nie przyniesie im to wymiernych zysków.

Tak przez długie lata wyglądało moje życie, kiedy zdecydowałem się przełamać schemat. Zrobiłem to na własne życzenie, nie do końca zdając sobie w pełni sprawy z konsekwencji, ale mniej-więcej je sobie wyobrażając.

Czy ta gra warta była świeczki?

Nie jestem drugim Kingiem, ani nie mam sprzedaży na poziomie Mroza. Tak naprawdę to ja dopiero zaczynam – po prostu odkopałem się z jakiejś piwnicy, gdzie zakopani są żywcem twórcy o których większość z was nie ma pojęcia i okazało się, że jestem w takiej samej piwnicy, tylko większej.

Czy tak jest w przypadku innych osób tworzących? Może tak, może nie. Mam swoje podejrzenia – 20 marca były urodziny jednego z moich ulubionych wokalistów, czyli Chestera Benningtona. Jego samobójstwo i wcześniejsza depresja byłą dla mnie niesamowitym szokiem – szczerze mówiąc pierwszym takim uczuciem w moim życiu w stosunku do śmierci osoby której nie znam. Patrząc na osoby tworzące różne rzeczy mam takie podejrzenia, ze mocowanie się ze światem zawsze, albo przynajmniej często jest tak cholernie ciężką sprawą pełną samotności i frustracji. Nie ma łatwej drogi, ani skrótów.

Ale żyję z tego, co kocham. Tworzę gry i piszę książki, tak zarabiam na życie. Czuję się też cholernie szczęśliwy, chociaż poniosłem i będę ponosił konsekwencje moich wyborów już do końca życia.

A teraz biorę szpadel i idę kopać dalej, trzeba się przekopać do tej jeszcze większej piwnicy.

Facebook Comments Box

Leave a Comment