Czym jest „Woke” w popkulturze – na przykładzie StarTrek’a.

„Star Trek zawsze był lewicowy! Star Trek zawsze był progresywny! Star Trek zawsze był Woke!” – To jest chyba najczęściej podnoszony argument, kiedy pojawia się dyskusja o Woke w kontekście Star Treka. I jest on moim zdaniem całkowicie nietrafiony.

Tak generalnie, to największym problemem nowego StarTreka jest to, że jest koszmarnie napisany, ale to bardzo często idzie w parze (nie mówię – wypływa, ale idzie w parze) z „woke”.

MOJA TEZA: Star Trek był progresywny, ale nie był „Woke”. Co to znaczy? Zostańcie ze mną.


Chociaż tak, Star Trek zawsze był progresywny – na miarę swoich czasów, bo bardzo łatwo zapominamy o fakcie, że w TOS miarą progresywności nie było to, żeby kobiety nie traktowane były instrumentalnie (bo były, bardzo często istniały głównie po to, żeby miał kto ślinić się do Kirka), ale na przykład to, że obsada mostka była zróżnicowana.

Tylko, że to były początki. Potem Star Trek naprawdę stał się pogresywny. I chyba najlepszym przykładem będzie DS9 o którym kiedyś się już serialu rozpisywałem.

Co oznacza „progresywność” w StarTreku: Trzy odcinki.

„Spotkanie po latach”: S04E06

Bohaterem odcinka jest Dax, Trill obecnie w formie kobiecej. Krótko: Trille mogą mieć w sobie symbionta, który „zbiera” wspomnienia i życia swoich gospodarzy, w ten sposób tworzy się łańcuch żyć. Trill może więc w tym łańcuchu kobietą, mężczyzną, ojcem, matką itd.

Nie trzeba być wielkim mózgiem, by interpretować sobie, do czego może być to odniesienie. Nie musi. Ale może.

Nie dość, że Sisko mówi do Jadzi Dax w formie męskiej (mimo, że host – Curzon – umarł już jakiś czas temu), uznając jej gatunkową nie-binarność, to jeszcze sytuacja się komplikuje, kiedy na DS9 przybywa osoba, która parę żyć temu była (a przynajmniej posiada osobowość i wspomnienia) żoną jednego z wcześniejszych hostów Jadzi – która wtedy była mężczyzną.

Teraz obie są kobietami i obie pałają do siebie gorącym, zakazanym, uczuciem. Zakazanym, bo w społeczeństwie Trillów, należy odpuścić stare życie po tym, jak się je zakończyło i powrót do niego grozi banicją.

Jeden odcinek. A ile problemów jest poruszane (albo wydaje się być):

– Homoseksualizm,
– Transpłciowość,
– Normy społeczne w odniesieniu do przyjętych zasad i tabu,
– normy w odniesieniu do sytuacji, kiedy mamy parę różnych żyć, a nie jedno,
– inność gatunkowa i zrozumienie jej.

Wszystko to na przykładzie nowo stworzonej, dodanej do serialu rasy. Mamy tutaj porywającą historię i postać, z którą się już zżyliśmy i polubiliśmy (trudno nie lubić Jadzi).

Wszystko w oparciu o środki jakimi dysponują scenarzyści: o metaforę, która nie łamie konwencji, zasad świata i myśl: story first.

Chyba już widzicie, do czego zmierzam. Ale jedziemy drugi odcinek:

„Za najdalszą gwiazdą” – S06E13

Odcinek w którym Sisko ma wizję, w której jest jednym pisarzy magazynu fantastycznonaukowego w latach 50 i cierpi z powodu rasizmu – bo jego opowiadanie nie jest publikowane, tylko z powodu jego koloru skóry, bo samo w sobie jest bardzo dobre.

I tu właściwie nie chodzi nawet o ten konkretny odcinek. Odcinek jest po prostu: o rasizmie. Ale znowu: w jaki sposób temat został ujęty – bo ten rasizm nie jest demonizowany w żaden sposób. On jest głęboko wszyty w tkankę społeczną lat 50, jest pokazany tak, jakby był powietrzem, którym oddychamy. To nie jest tak, że Benny Russel – pisarz – jest traktowany jak podczłowiek i nim się pomiata. Nie – on po prostu ma mniej praw, bo ma taki a nie inny kolor skóry. I to jest całkowicie oczywiste.

Zestawione jest to z rzeczywistością Star Treka – federacji. I tak w DS9, jak i w TNG, rzeczywistość federacyjna budowana jest w bardzo konsekwentny sposób: to są ludzie, ze swoimi przywarami i problemami, ale jako społeczeństwo, ludzkość wykonała kolosalny krok naprzód:

Rasizm został przepracowany, federacja oznacza otwarcie się na inność – nie aprobatę i afirmację, ale otwarcie się. Szacunek wobec poglądów – chociażby najdziwniejszych – jeśli tylko nie krzywdzą nikogo i nie wchodzą w jego wolności (to dlatego Picard na przykład wielokrotnie bardzo przygotowuje się przed wizytą dyplomatyczną).

Wyjście ze strefy pieniądza, bo po co pieniądz, jeżeli wszystko jest się w stanie wydrukować – wygenerować?

Wszystko to w bardzo profesjonalnej oprawie: oglądasz Star Treka i wiesz, że ci ludzie to są zawodowcy. Zachowują się stosownie, profesjonalnie, ale jednocześnie luźno. To nie jest kij w dupie – to jest szacunek. Do swojej pracy i do innych, którzy tę pracę wykonują.

Dlatego na przykład Picard nigdy na stołku kapitańskim nie wyłożyłby nóg.

I dlatego właśnie ten odcinek o rasizmie tak rezonuje: bo z tej StarTrekowej utopii, wchodzimy do świata który jest totalnie absurdalny. Dlaczego tak źle traktują tego pisarza, skoro dobrze pisze? Czemu nie może opublikować swojej opowieści? Dlatego, że jest czarny?

To przecież całkowity absurd!

Chociaż bliżej nam jest do tych lat 50 (a ludziom w latach 90 to już w ogóle), niż do Federacji, to oglądając Star Treka chcemy być bliżej tamtych czasów.

Wierzymy – ja wierzę – że tam dojdziemy.

I wreszcie: odcinek trzeci – „Gość”; S04E03

Kapitan Sisko na skutek wypadku trafia do podprzestrzeni i jest w stanie odwiedzać świat materialny tylko raz na paręnaście lat, wobec czego zawieszony w czasie widzi dojrzewanie, wiek średni, upadek , znalezienie mądrości i starzenie się swojego syna, pisarza. Za każdym razem na rozmowę mają może parę minut.

To jest odcinek o miłości ojca i syna. Zauważyliście, żeby ten temat często podejmowany był przez współczesną popkulturę? Ja kojarzę ostatni taki motyw z „Drogi”. Tylko, że tutaj jeszcze bardziej wybrzmiewa motyw poświęcenia: Sisko szaleje z bólu, kiedy wie, że ma tylko parę minut na rozmowę ze swoim coraz starszym synem, co przecież jest parafrazą na to, jak rzeczy mają się w rzeczywistości – coraz mniej mamy dojrzewając, kontaktu z naszymi rodzicami, dużo mniej, niż byśmy chcieli.

Jake zaś – z miłości do ojca i z chęci dania szansy samemu sobie – młodszemu – uśmierca się. Kasuje swoją wersję siebie. Poświęca się, mimo rozpaczy swojego ojca, żeby ten młodszy Jake mógł spędzić z nim trochę więcej czasu.

To trzeba przeżyć – trzeba doświadczyć, bo mocno targa emocjami. Bo jest o mężczyznach i męskiej miłości ojca do syna.

Może widzicie do czego zmierzam, więc w jednej myśli podsumuję to tak:

>>STARY TREK PROJEKTOWAŁ „LABORATORIUM ETYCZNE” A NIE MANIFEST Z JEDYNYMI WŁAŚCIWYMI POGLĄDAMI. <<

A jak do tego ma się nowy Star Trek? Jeżeli czytałeś/czytałaś wszystko powyższe, chyba już wiesz, co chcę napisać, ale i tak to zrobię:

W Starfleet Academy kapitan zachowuje się całkowicie nieprofesjonalnie względem stanowiska i ludzi na mostku. Bo jest taka wyluzowana, taka cool, taka… „woke”.

W Starfleet Academy mamy postać miękkiego Klingona, płaczącego klingona, który jest totalnym zaprzeczeniem wszystkich wartości klingońskich które są „ultra samcze” (ale nie jednowymiarowe: pamiętajmy o tym) – bo tak Klingoni zostali stworzeni. Jako Krasnoludy kosmosu. Przekozaczeni wojownicy – z wielowymiarowością kultury zbudowanej na honorze, walce i dobrej śmierci.

Czy samo to jest złe? Nie, bo w mojej opinii StarTrekową opowieścią byłoby bardziej ukazanie tego konkretnego Klingona w sytuacji starcia z klingońskim światem i zasadami, zbudowanie historii wokół tego, dlaczego tak bardzo odbiega od reszty. Stworzenie historii o akceptacji inności.

Ale tymczasem jest inaczej: wydaje mi się, że ta opowieść jest nie o akceptacji, ale afirmacji. Afirmacja polega na tym, że Klingon jest miękki, współczujący, sfeminizowany i to jest piękne i dobre, nie trzeba niczego tłumaczyć.

INNYMI SŁOWY: problemem nie jest, że Klingon może być wrażliwy; problemem jest, gdy serial nie potrafi z tego zrobić konfliktu i konsekwencji.

Wydaje mi się, że nowym StarTrekiem i nową popkulturą rządzą inne reguły. Nie tworzysz nowych opowieści, za pomocą metafory przedstawiając problemu. Nie – ty odwracasz paradygmat.

Robisz rewolucję.

A o tym, że o facetach (tak, tych cis-hetero) się w ogóle nie mówi, chyba, że taki ma być złodupcem, to już nawet nie będę się rozpisywał.

CZYM ZATEM JEST TEN „WOKE”?

W skrócie: ‘Woke’ to dla mnie sytuacja, gdy tekst kultury rezygnuje z dramatycznego konfliktu i wiarygodności świata, żeby wygłosić moralnie bezpieczny komunikat – a postacie stają się nośnikami deklaracji, nie decyzji.

Dlatego właśnie rezonuje tak bardzo ze „złym pisaniem”. Bo tak się pisać nie da. To znaczy: da się, ale nie jest to pisanie dobre, bo nie ma za wiele wspólnego z postaciami i historią. To jest manifest idei i jej afirmacja – zupełnie inny sposób myślenia o historii.

I nie mówię tutaj o tym, że Woke = złe pisanie. Woke rozumiem jako ideowy sposób patrzenia na opowieść, który bardzo często bardzo spłyca i ją i opowiedziane w niej postaci.

Myślę też, że woke w popkulturze ma korzenie zarówno w jak najbardziej zdrowym progresywizmie, jak i mniej zdrowym aktywizmie. Dlaczego tak sądzę – bo komunikaty, które pojawiają się w konsekwencji krytyki (i również hejtu) fanów są często bardzo agresywne, antagonizują fanów. Dzielą na grupy ideologiczne (tak jakby ludzie sami tego nie robili); to już case bardziej Star Warsów/RingsofPower/Wiedźmina i wyzywania fanów od toksyków, albo „-sistów”.

Innymi słowy: zbyt często w obecnym dyskursie krytykę scenariusza wkłada się do worka z nienawiścią. To automatycznie ustawia dyskusje na poziomie nie faktów, a emocji i nie właściwego problemu, a idei i gustów.

Tymczasem w dawnym Star Treku progresywność wynikała z utopijnego humanizmu i konfliktów moralnych; w części nowej popkultury „progresywność” bywa podana jako afirmacja, manifest i rewolucyjne burzenie paradygmatów.

Cierpi na tym historia, sztuka i przede wszystkim fani.

Leave a Comment

Przejdź do treści